|
To jest blog traktujący o życiu dookoła mnie. Osoby występujące są rzeczywiste a wydarzenia opisywane miały miejsce.
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
niedziela, 15 stycznia 2012
SŁOWNIK
Mój M. jest z Beskidu Niskiego, gdzie używa się powiedzonek całkiem innych niż na mojej mazowieckiej ziemi. W tej nowej, wesołej zakładce będziemy zbierać je razem, aby utworzyły magdalenkowo-mateuszowy słownik.
Ryga i Jurmala
Służbowe podróże są zabawne. Zawsze odbywa się na nich ta sama zabawa w poławianie chwili wolnej dla mojej łaknącej nowości i przygody duszy. To był mój pierwszy raz w Rydze. Nie zachwyciła mnie ona, szczerze mówiąc. Styczniowy deszcz nie sprzyja miłości albo Ryga nie ma w sobie niczego, za co warto byłoby ją pokochać. Byliśmy w knajpie łotewskiej, całkiem pustej, z niebotycznymi cenami, niezabawnym kelnerem i francuską zupą cebulową, udającą narodową potrawę łotewską. Magii w tym mieście nie odnalazłam, ale może gdzieś była, tylko ja źle szukałam? Duża bardziej podobało mi się w Jurmali, nadmorskim kurorcie, położonym 20 km od stolicy, pełnym bajkowych drewnianych willi i ciszy zimowej. Moje Bałtyckie Morze jest piękne z każdej strony, również łotewskiej. Plażą spacerowałam, w śniegu padającym plaża owa była skąpana a ja się cieszyłam jak głupia, że morze widzę i plażą boską idę. Taka radość prosta, boska mnie ogarniała. Jurmala była bardzo popularna w czasach radzieckich, obecnie trochę straszy miszmaszem, który my, Polacy świetnie znamy, tu bajkowa, drewniana willa a tam blok, w którym mieści się Sanatorium „Białoruś”. Nowoczesne spa zlokalizowane są obok apartamentowców gwarantujących luksus bogaczom i obok małych domków, które za chwilę zgniją, jeżeli wcześniej nie strawi ich jakiś pożar intencjonalny. Jurmala jest jakaś, może nie piękna, ale na pewno warta zapamiętania, za tych kilka drewnianych perełek i cichą, styczniową nadmorskość, która nie jest jednakże zimową wegetacją. Polijas zlots Muzykanci z Bremy czy Rygi? Riga Old Town Plaża w Jurmali I raz jeszcze... Dziewczyna z tatuażem
W „Polityce” recenzja, na billboardach reklamy, w domu serial na DVD. Z każdego medium i z każdego kąta wychyla się Stieg. Dobrze mi się czytało „Millenium”, podobnie jak wiele innych kryminałów skandynawskich. Ale żeby od razu robić tyle zamieszania? I dlaczego tak się podniecać społecznym ujęciem tematu przez Larssona? Przecież wszystkie kryminały skandynawskie poruszają ukradkiem albo całkiem wprost tematy poza zbrodnicze, mordercze, złodziejcze. A tu proszę. Niby wiem, że działo to nie jest wielkie, ale kolejny raz daję się uwieść. Książki przeczytałam. Skandynawską ekranizację zaliczyłam. A teraz jeszcze poszłam do kina na wersję amerykańską tej samej historii. Trochę się nudziłam, ponieważ dopiero co obejrzeliśmy wszystkie sześć części serialu, ale jednak dałam radę przebrnąć przez tę historię raz jeszcze. Amerykańska Lisbeth jest bardziej zbieżna z moimi wyobrażeniami, ale przyznam szczerze, że szwedzka jest o niebo bardziej elektryzująca, charakterystyczna, wyobcowana, inna, wyrazista. Amerykańska Szwecja momentami jest zbyt amerykańska, ale ogólnie amerykański film bardziej mi się podoba, scenariusz jest bliższy oryginałowi a Mikael moim wyobrażeniom. Chyba polecam, szczególnie tym, którzy przeczytali czas jakiś temu trylogię, ale nie oglądali tydzień temu serialu. Kozak
Negatywnym bohaterem sylwestrowego wieczoru był but. But Bu. But, który zaginął. Był a potem już go nie było. Dziwna sprawa. Buty tak same z siebie nie znikają, a ten jednak to uczynił. Tajemnicza zagadka bytu buta długo była nierozwiązana. Biegaliśmy i o bardzo dziwnej porze nocnej wszędzie szukaliśmy buta, na klatce, przed klatką, na balkonie, w szafach, na szafach, w pralce, pod łóżkiem, w łóżku, w kuchni i w salonie, dosłownie wszędzie. A on skryty tkwił. Już się martwiłam, że Bu buty będę musiała zimowe odkupić, już ją widziałam na boso na Bródno zmierzającą, kiedy to instynktem nadludzkim wiedziona, do szuflady ze swetrami zajrzałam. I on tam był, ten but Bu. Wciśnięty, wepchnięty, utknięty. Sam się tam nie dostał. Przypadkowa siła go tam nie zawiodła. Celowe działanie ręki ludzkiej musiało mieć miejsce. Czyjej ręki? Nie wiemy do dziś. Żadna niecna ręka się nie przyznała. Tajemnicze zginięcie buta pozostanie zagadką na wieki. A właściciel złej ręki niech się strzeże, na pewno też kiedyś ktoś mu buta ukryje w środku nocy, w obcym domu, porą zimową, kiedy to spacery bose są całkowicie wykluczone.
sobota, 07 stycznia 2012
Sylwester 2011/2012
W tym roku miałam absolutnie idealnego Sylwestra. Nie musiałam wychodzić z domu. To do mnie przyszła impreza. Od rana stałam w kuchni, kroiłam, mieszałam, smarowałam, a potem o czwartej nad ranem sprzątałam, ale powiem Wam szczerze, że bardzo warto było. Fajnie się bawiłam , komplementów wiele otrzymałam, nic nie zostało zdemolowane, nawet chipsów goście nie pokruszyli. Cud to. Cud prawdziwy. Co roku tak bym chciała, ale pewnie się nie da. Ile razy bowiem szaleńcy moi kochani będą chcieli przyjeżdżać na Skraj wieczorową porą, w dzień tak nadzwyczajny. Pewnie nieczęsto. Ogólne rzecz ujmując, impreza się udała, z mojej perspektywy oceniając oczywiście.
piątek, 23 grudnia 2011
Piernikowo
(pisane w czwartek o świcie) Piekliśmy pierniki bardzo długo i bardzo intensywnie. Przez całą noc. Dokładnie od dwudziestej do trzeciej nad ranem. Moje małe mieszkanko zamieniło się w wielką piekarnię. Wyglądałam jak młynareczka i wszystko wydawało mi się oblepione ciastem albo oprószone mąką jak śniegiem. Miałam dobrego piernikowego asystenta, więc praca była przyjemnością a oczekiwanie na ostatnią do rozwałkowania grudkę ciasta nie tak bardzo nużące, jak mogłoby się Wam wydawać. Dziś mam 7 mis pierników, wyglądam jak zombie i nie pamiętam jak się nazywam. Ale się cieszę, bo najważniejsza przedświąteczna misja została zakończona wielkim sukcesem. Rodzina będzie szczęśliwa. A ja chciałabym się zdrzemnąć pod biurkiem, choć małą chwileczkę.
środa, 21 grudnia 2011
Krynica Morska
Zatęskniłam za morzem. Bardzo. Tym razem na rejs nie miałam szans, ale inne przyjemności nie były już takie niedostępne. W samych środku grudnia, w towarzystwie wesołego słoneczka, wybraliśmy się nad morze nasze kochane, do Krynicy, która o tej porze roku przypomina makietę miasteczka z westernu, smutną i opuszczoną prze ekipę filmową, która wraz z nadejściem jesieni przeniosła plan zdjęciowy do ciepłej hali produkcyjnej. Morze jednak było, nikt go nie zabrał, plaża pusta, cudowna też się ostała. Wyludniona Krynica nie jest urokliwym miasteczkiem. Nie wiem, może zaludniona też takim nie jest. Jedno jest pewne - morze widziałam i słyszałam. Do wiosny tych doznań może mi wystarczy. Następny morski projekt przewiduję dopiero na maj, tym razem jednak już w bardziej magdalenkowej, czyli rejsowej, formie. Moje kochane morze I w grudniu plaża jest cudowna Zalew Wiślany Widok z Wielbłądziego Garbu Widok z naszego apartamenu Port w Krynicy Szkoła
Kiedyś napisałam, że już nie będę nigdy chodziła do szkoły. Że basta. Że finto. Że koniec. Że za stara jestem. A jednak nie. Znowu chodzę do szkoły. I bardzo mnie to cieszy. Moja nowa szkoła jest bardzo fajna. Wszystko tam podoba mi się bardzo. Pewnie zmienię zdanie w okolicach maja, kiedy zacznę pisać pracę zaliczeniową. Jednak póki co -nowa szkoła cieszy, bawi, uczy.
Angielski
Od października chodzę znowu na angielski, bo mi zardzewiał od małomówienia i czytania jedynie materiałów służbowych. Chodzę dzielnie, dwa razy w tygodniu, bladym świtem, przed pracą. Poświęcenie to duże, bardzo duże, ale dla ogólnego rozwoju warto podejmować trudy rozliczne. Dziś trud podjęłam wyjątkowo opornie, bo spałam krótko, za oknem ciemniej niż zazwyczaj było, mrozek nieprzyjemny do pozostaniu w ciepłym łóżeczku zachęcał, ja jednak dzielna bardzo byłam i wstałam. Niestety od rana wrogość świata się objawiała, dwa pociągi nie przyjechały, na styk trzecim dotarłam, drogę w pośpiechu zmyliwszy, gdyż w transie biegnąc prawie do pracy zamiast na zajęcia nogi mnie poniosły. Mimo przeciwności licznych na czas do klasy wpadłam. A tam pusto, ciemno, cicho. Nikogo nie ma. Zajęć nie ma. I nie wiadomo dlaczego. Same podgórki od ranka. Same. O ja zaspana i biedna.
wtorek, 20 grudnia 2011
Halo. To znowu ja.
Halo. To znowu ja. Tak. Powracam. Trochę nieśmiało, trochę z poczuciem winy, że zawiodłam moich Ukochanych Czytelników. Zaistniały straszne zaległości, których nie nadrobię z całą pewnością. To źle. Niemniej jednak nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, do nowego dzieła należy dziarsko się zabrać. Toteż się zabieram i kolejny raz (nie wiem już który) obiecuję poprawę i systematyczne relacje ze zdarzeń mających mniej lub bardziej ścisły związek z moim istnieniem.
niedziela, 16 października 2011
Żegnaj, Babciu… albo do zobaczenia.
Właściwie nie potrafię jeszcze o tym pisać, ale chyba muszę. Moja babcia odeszła. Jakoś trochę za wcześnie, tyle jeszcze mogła mi opowiedzieć. Ostatni raz widziałam ją w szpitalu. Tak ładnie się do mnie uśmiechała. Mówiłam jej, że jeszcze wróci do domu. Nie wróciła. Bardzo ją kochałam. Żegnaj, Babciu… albo do zobaczenia. Proszę prościej trochę
Bardzo się smucę, że nie udało mi się do dziś opisać ostatniego rejsu. Jakoś nie było weny, czasu, mocy. Tyle się działo, że aż strach sobie przypominać. Postaram się to wszystko jakoś ogarnąć, ale pewnie nie będzie łatwo. Czasami jest tak, że mogłoby być trochę lepiej. Chociaż trochę lepiej. Trochę łatwiej. Prościej.
poniedziałek, 12 września 2011
Sama w taką noc
Dziś z P. rozmawiałam o życiu, w aspekcie finansowym. Doszliśmy do zgodnego wniosku, że zarabiamy znacznie mniej niż kiedyś, zarówno nominalnie, jak i realnie. My w kanale a frank pod niebo szybuje. Streściłam koledze moją obecną sytuację, pokiwał głową i się zamyślił, zamilkł na chwilę, zadumał się nad mym losem i udał się do siebie. Za chwilę powrócił i uśmiechem na ustach i rozwiązaniem dla mnie: „Znajdź sobie partnera!”. To wymyślił. Uśmiechnęłam się i odparłam, że to nie takie proste. A on na to: „Łatwiejsze niż myślisz!”.I co to niby ma znaczyć? Że marudna jestem i wybrzydzam, że miłości a nie partnera szukam? O rany Boga, boli mnie noga.
niedziela, 11 września 2011
Byliśmy w Modlinie
Oglądaliśmy inscenizację bitwy. Niemcy nacierali, Polacy się bronili, a my się zastanawialiśmy, jak to możliwe, że tak niedawno, takie straszne rzeczy się działy. Stale pojąć tego nie mogę, a temat rozpoczęłam rozważać ponad dwadzieścia lat temu. Dym, huk, strzały- tyle mi już wystarczyło, aby się przerazić kondycją ludzkości, a to przecież była jedynie marna inscenizacja. Twierdza się sypie i jest na sprzedaż. Szkoda takiego miejsca. Lao Che na Bemowie
Kameralny koncert pośród wielkiej płyty, na który dotarli jedynie nieliczni, w tym my. Szczerze przyznam, że z całości zapamiętam najlepiej tańczącą dwuletnią siostrzenicę i lądujące jeden za drugim szybowce. Fajny wieczór.
sobota, 10 września 2011
Kolejny Allen. O północy w Paryżu.
Mi się podobało. Nie BARDZO, ale na tyle, aby nie żałować 15 zł wydanych na bilet. Miłe popołudnie w warszawskim kinie połączone z deszczowym Paryżem, który osobiście widziałam trzy razy, ale nigdy w tym magicznym deszczu. Szukający inspiracji pisarz (setki nas, ten ma przynajmniej na koncie 400 stron podobających się Gertrudzie Stein) jest trochę naiwny i męczący, ale jakże przyjemnie obserwować jego podróże w czasie i spotkania z ówczesnymi artystami. Polecam na zbliżającą się jesień, szczególnie tym, dla których poprzedni Allen był trochę za bardzo dołujący.
Rejs Edynburg - Dublin. Odc. 2 Port Edgar
A czy Wy Mili Moi Czytelnicy pamiętacie, że ja już kiedyś byłam w Queensferry!? Byłam, mosty i żaglówki pomiędzy nimi pływające podziwiałam i marzyłam, że może ja, tam , kiedyś, na dole, na łódce będę. Marzenia moi mili czasami się spełniają. I to jest w życiu najpiękniejsze… Ale wracając do rejsu… Załoga miała się spotkać około 15 w Port Edgar, w marinie umiejscowionej zaraz pod fantastycznym mostem Forth Road Bridge. Ja i DoL dotarłyśmy około 16, ale ani Kapitana ani łódki znaleźć nie mogłyśmy. Spotkałyśmy załogantkę, która udzieliła nam niepokrzepiającej informacji, że łódka jeszcze nie dotarła i nie wiadomo, kiedy dotrzeć zamierza. Trochę się zmartwiłyśmy, ale nieszczególnie, bo nikt nie zakładał, że przed nocą nadal łódki nie będzie. Siedząc pod chmurką, obok bosmanatu, radośnie pierwsze rejsowe piwo wspólnie wychyliliśmy a następnie udaliśmy się do knajpy, gdzie kolejne piwa wypiliśmy. Wieczorową porą, zaopatrzeni w kolejne piwa, wróciliśmy do mariny i kontynuowaliśmy oczekiwanie na przybycie załogi, która miała przekazać nam jacht. Nie doczekaliśmy się, więc udaliśmy się na spoczynek. Udostępniono nam szatnię męską, wyposażoną w długie drewniane na ławy, na których urządziliśmy sobie legowiska. Noc minęła spokojnie, ale Ci których śpiwory płynęły z Norwegii wraz z naszym prowiantem, szczękali zębami. Ja i mój śpiworek nigdy się nie rozstajemy (nie liczę tej dramatycznej przygody, kiedy musiał na mnie tydzień czekać na lotnisku w Rzymie), więc nie mogłam na nic narzekać, no może na brak możliwości przekręcania się z boku na bok i chrapiących panów. O poranku łódka już na nas czekała, gotowa stać się naszym tymczasowym domem na najbliższe dwa i pół tygodnia. Cały dzień sztauowaliśmy i sprawdzaliśmy stan naszego okrętu. Kiedy wszystko było dopięte na ostatni guzik, część załogi pojechała zwiedzać Edynburg, a część została na łódce, pijąc piwo i śpiewając szanty. Na łódce znaleźliśmy gitarę, więc utalentowana koleżanka pięknie nam grała. Wesoło było i rejs miło już zaczął się zapowiadać. Port Edgar opuściliśmy wraz z poranną wysoką wodą i udaliśmy się na północ… Nie mogłam się zdecydować, który z nich podoba mi się bardziej... Marina wieczorową porą, oba mosty w tle Forth Rail Bridge I jeszcze raz oba mosty Taki bajkowy widok mieliśmy, pijąc piwo w miejscowej knajpie Marina Port Edgar Niska woda. Po mokrych palach widać, jaka jest różnica poziomów W domku po lewej jest szatnia męska, w której spędziliśmy dzielnie pierwszą noc "rejsu" Pakujemy się... Opuszczamy Port Edgar i zmierzamy na PÓŁNOC
wtorek, 06 września 2011
Rejs Edynburg - Dublin. Odc. 1. Edynburg.
Obiecałam Wam i sobie szczegółowy opis rejsu. W takim razie – do dzieła!!! Pewnie opisywanie rejsu zajmie mi trzy razy więcej czasu niż jego odbywanie, więc już teraz, na początku relacji proszę o cierpliwość. Doleciałyśmy do Edynburga bez przygód. Przygody rozpoczęły się potem, kiedy okazało się, że nie mamy gdzie spędzić nocy i prawdopodobnie wylądujemy na dworcowej ławce. Parkowe, acz przyjemniejsze, były wykluczone, gdyż niemiłosierni Szkoci zamykają parki wieczorową porą, tak aby zagubione dusze nie mogły trawki pod dębem przemienić w przytulną sypialnię. Ostatecznie, dzięki uprzejmości i serdeczności pewnej polskiej recepcjonistki z jednego z hoteli, w którym nie było dla nas miejsca, udało nam się trawić do uroczego hoteliku, w którym był wolny maleńki pokoik z podwójnym łóżkiem. Ja i DoL w jednym łóżku- tego jeszcze nie było… a może było…już nie wiem, ale i tak wdzięczne byłyśmy tej polskiej siatce recepcjonistek, dzięki której nie musiałyśmy spać na dworcu – z resztą nie wiedziałyśmy nawet, czy przypadkiem dworca też na noc nie zamykają przed takimi jak my. Uwolnione od troski o dach nad głową przystąpiłyśmy do cieszenia się Edynburgiem. Trwał Fringe i wszędzie było pełno ludzi, co podobało nam się średnio, gdyż wszechobecny tłum nie pozwałam mi na pokazanie DoL tego spokojnego, uroczego Edynburga, który poznałam pięć lat temu. Już pierwszego wieczoru skonsumowałyśmy pierwsze piwko oraz haggis, ja oczywiście w wersji wege, i tym samym poczułyśmy się w pełni zapoznane z bogactwem kuchni szkockiej. Edynburg trwał dla nas tylko dobę, więc godziny tam spędzone przeleciały jak błyskawica. Przeciągnęłam DoL po wszystkich atrakcjach, ale nie zdołałam jej pokazać wszystkich miejsc, które polubiłam pięć lat temu. Szkoda. Z Edynburga pojechałyśmy do South Queensferry, do Port Edgar dokładnie, skąd zaczynałyśmy rejs… ale o tym w następnym odcinku. Welcome to Scotland Fringe Fringe Szkocka kobieca męskość Love in Edi Szkocki Parlament Na Rose St Widok z Carlton Hill, w stronę Forth Road Bridge.... Żenujący Żur
W lodówce stoi żur. Przewiozłam go sobie ze Śląska. Żenada. Właśnie uświadomiłam sobie, że nie wiem, co mam z nim począć. Trzydzieści jeden lat, setki wymyślnych potrwam na koncie kucharskim, a nie wiem, jak się robi żur. No żenada. No nic, nie pozostaje mi nic innego, jak iść na szkolenie do Mamy.
poniedziałek, 05 września 2011
Dziś na Śląsku
Ależ jestem wykończona, ciągle nie śpię, śpię mało albo śpię o dziwnych porach i w dziwnych miejscach. Dziś wstałam o 3.30, gdyż musiałam udać się do Katowic bardzo porannym pociągiem, ruszającym z Wawy kwadrans po piątej. Tragedia. Ale radę dałam i Katowic nie przespałam, mimo że komfortowo podróżowałam, na trzech siedzeniach rozciągnięta z torebkę w roli poduszki pod głowę zaangażowaną. Na prywatne przyjemności czasu nie miałam, jedynie oblaty dla współpracowników kupiłam i już pędziłam na dworzec z powrotem, bo wczesnym wieczorem w Podkowie umówiona byłam i zdążyć absolutnie musiałam. W moim wagonie klimatyzacja nie działała, więc czułam się jak smażony pomidor albo winogrono pod tureckim skwarnym niebem na rodzynkę przerabiane. Pan konduktor był miły i doradził mi przesiadkę do pierwszego wagonu, gdzie normalniejsza temperatura panowała. Tak zrobiłam i to mądre było. Padłam na siedzenie i po chwili po zielonych łąkach z Morfeuszem biegałam. Przebudziłam się, patrzę, a tu Skraj za oknem, ulala, odleciałam znowu na co najmniej dwie godzinki. Wjeżdżając na brzydką Zachodnią serce miałam gorąco bijące dla mojej aglomeracji, Katowice fajne, ale dom jest jeden, tu moje Mazowsze. Ślub Ni
Moi kochani rodzice pojechali ze mną do Łodzi. Byliśmy na ślubie Ni. Oj, oj- jakże pięknie ona wyglądała. Oczu nie mogłam oderwać, dwa razy już jej to mówiłam, ale muszę raz jeszcze publicznie - NI, WYGLĄDAŁAŚ BOSKO, SUPER KOBIECO, DELIKATNIE I TAKA ŚLICZNIE UŚMIECHNIĘTA BYŁAŚ. Dużo szczęścia we dwoje Wam życzę i pozdrawiam!!!!
sobota, 03 września 2011
JEDNO piwo do ostatniej piosenki
Już tydzień temu, gdzieś na Morzu Północnym pomyślałyśmy sobie z DoL, że jak wrócimy, to pójdziemy na Romana. Żadna z nas nie mówiła chyba tego serio, ale słowo się rzekło. Siedziałam już przy stole i jadłam kolację, kiedy DoL zadzwoniła i jakoś tak wyszło, że ustaliłyśmy, że na JEDNO piwo to może jednak na tego Romana dziś pójdziemy, toteż poszłyśmy. Zasiedziałyśmy się, do kolejnego i jeszcze następnego piwa, a także do ostatniej piosenki. Otaczali nas nowo poznani ludzie, mili i życzliwi, którzy nieustannie, nawet w przerwach romanowych, niestrudzenie śpiewali żeglarskie piosenki. A my z nimi. Śmiesznie było. Szkoda tylko, że ostatni pociąg przegapiłam i nocnym autobusem na Skraj telepać się musiałam. Ale radę dałam, tym razem nie usnęłam i bezpiecznie do ciepłego, przytulnego domu dotarłam. Teraz siedzę na kanapie (tym razem bez kaloszy i płaszcza, za to w ręcznik jedynie owinięta) i oczekuję na koniec prania. W Korsarzu w papierosowej mgle siedziałam, a przecież nie mogę pojechać jutro na ślub mojej Kochanej NI w płaszczu zapachem popielniczkę przypominającym. Dzielnie czekam i czas zabijam pisaniem. A jutro na gimnastykę idę o poranku, więc kolejny raz długi sen dany mi nie będzie, o ja biedna, niedospana ale nadaktywna piwoszka i słuchu pozbawiona szantywomanka.
piątek, 02 września 2011
Zwycięstwo!
Ha! Ten z Ogrodu Saskiego chyba mnie okłamał, jak wdarłam się szturmem do sypialni, bestia wcale nie siedziała w pułapce. Niewątpliwie jednak straciła znacznie energię po moim ostatnim ataku lakierowym, który początkowo wydawał się działać na nią jedynie rozdrażniająco. Dostrzegłam ją na lampce nocnej i jak lwica (czyli bardzo odważnie) natarłam wprost na nią z bronią lakierową włączoną na opcję non-stop. Zalakierowana bestia rzuciła się do ucieczki, najpierw trafiając w ścianę (dokładnie w reprodukcję Łempickiej) a potem w podłogę. Wiedziona intuicją, bez namysłu, rzuciłam w bestię najcięższą książką, jaką miałam pod ręką („Gra o tron”), a następnie naskoczyłam na tę książkę kaloszem (żeglarskim, drugi raz w życiu nałożonym na gołą stopę bez skarpetki) i dobiłam owada. Zwycięstwo! Intruza zapakowałam do kosza na śmieci, worek zawiązałam i dla pewności, że mi ta cholera nie ożyje, wystawiłam go na balkon. Teraz siedzę na kanapie, nadal w kaloszach, adrenalina buzuje, i tak już nie usnę. Noc stracona, ale domu strzegłam dzielnie! W sypialni czai się wróg
Jest pierwsza w nocy a ja siedzę na kanapie z lakierem do włosów w ręku. Gotowym w każdej chwili do użycia. Gorąco mi. Mam bowiem na sobie gruby płaszcz i kalosze. Czy zwariowałam? Pewnie myślicie, że tak. Mylicie się. Co najwyżej zgłupiałam. Sytuacja jest poważna. W sypialni czai się wróg. Wielki i szalony, opętany wręcz. Zasadza się na mnie gwałtownie. Zabarykadowałam sypialnię. Czekam. Może sam się podda znużony oblężeniem. Boję się. Wróg jest dziki, bardzo zły. Zastawiłam na niego pułapkę. Kiedyś na randce w Ogrodzie Saskim, opowiadano mi o przygodzie z szerszeniem, którego poskromiono za pomocą butelki wypełnionej wodą z cukrem. Łasy wróg wlazł do butelki zwabiony słodkim nektarem szczęśliwości i klamka zapadła, wróg został pojmany. To coś, co szaleje w mojej sypialni wygląda jak szerszeń, ale jest trzy razy większe, nie wiem, czy przeciśnie się przez szyjkę butelki. Nie wiem, co to za bestia. Ale na pewno śmiercionośna. Siedzę i czekam w napięciu. Spać nie pójdę. O nie. Za chwilę idę na przeszpiegi, jeżeli nie wrócę, dzwońcie po pogotowie. |