|
To jest blog traktujący o życiu dookoła mnie. Osoby występujące są rzeczywiste a wydarzenia opisywane miały miejsce.
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
czwartek, 11 lutego 2010
sztuczna inteligencja mówi po polsku
Oto jak sztuczna inteligencja mówi po polsku... "To samo odnosi się do estetyki jachtu, niezależnie od tego jak dużo jacht jest czyszczone i polerowane farby i pokładów będzie nudne i dziwne ding i drapać nastąpi." (tłumaczenie angielskiej strony na język polski przez google) A oto chodziło: "The same applies for the aesthetics of the yacht, no matter how much the yacht is cleaned and polished the paint and decks will dull and the odd ding and scrape will occur."
niedziela, 17 stycznia 2010
Byliśmy w Bielsku- Białej
Byliśmy w Bielsku- Białej, które składa się z Bielska i Białej. Skład miasta dla osób, które zaglądają do niego, tak jak my, wyłącznie przejazdem może nie mieć znaczenia. Ale taki brak znaczenia ignorancją trąci. Uświadomiłam to sobie, jak mnie autochton zapytał, gdzie byłam dokładnie, czy w Bielsku, czy w Białej. Wsio ryba pomyślałam. Ale jak widać połączenie administracyjne jednostek miejskich nastąpiło bardziej na mapie aniżeli w obrębie świadomości. A może to i nie prawda, może to teraz jak dzielnica i trzeba doprecyzować, którą stronę lustra się odwiedziło. Zdaje się, że ja byłam w Bielsku, a z braku czasu i wiedzy Białą pogardziłam. Martwić się nie trzeba, jeszcze tam pewnie wrócę i na drugą stronę się przeprawię. Oby było warto.
P.s. W Wikipedii przeczytałam, że Bielsko-Biała formalnie powstało w 1951 roku, połączono Bielsko położone na Śląsku Cieszyńskim oraz małopolską Białą. Pogranicze. Teraz rozumiem dlaczego to takie istotne, czy się mówi o Bielsku, czy Białej. Przynajmniej tak mi się wydaje. Sezon Świąteczny
Minęło Boże Narodzenie, niebawem zakończy się sezon świąteczny. Mam kilka zdjęć w archiwum z Warszawą świąteczną, wszystkie wykonane w grudniu 2009. Najwyższa pora, aby je zamieścić. Rynek Nowego Miasta Nowy Świat Arkadia Arkadia
poniedziałek, 14 grudnia 2009
Grudniowe wpisy
Grudniowe wpisy nie zaistniały. Wiadomo, czasu nie ma. Blog spadł w rankingu rzeczy ważnych na bardzo daleką pozycję, ale będzie kontynuowany. Mam nadzieję. Nie jest to jednak sprawa gwarantowana w zakresie terminowości. Niestety. Za co Czytelników bardzo przepraszam.
poniedziałek, 23 listopada 2009
Pani w okienku kasowym
Chciałam iść dziś do kina, ale zły los w postaci pani w okienku kasowym i wadliwego komputerowego systemu biletowego, pokonał moje naiwne plany. Może i kino czynne, może i film będzie grany, może i repertuar jest aktualny i w kinie się wyświetla, ale biletu ani żadnego jego substytutu nabyć się nie da, bo tako rzecze pani w okienku na system się powołując. Z kina nici, kino zostało przez system pokonane. Prawdziwa ta historia miejsce miała w dniu dzisiejszym w samym środku Warszawy, tam gdzie kultura wschodu pamiątkę po sobie przeogromną i wizualnie dewastującą pozostawiła.
sobota, 21 listopada 2009
Symulacja z plackami
Dawno nie zaliczyłam tak nudnego i zmarnowanego dnia. Wstałam, posprzątałam, a potem rozpoczęłam symulowanie przed samą sobą, że zabieram się do nauki. I tak upłynął mi dzień i wieczór niemal cały. W ramach symulacji usmażyłam całkowicie realne placki ziemniaczane i obejrzałam cztery odcinki „Przyjaciół”. Ponadto pięć razy wpadłam w czarną rozpacz na wspomnienie soboty, którą miałam, a którą zmarnowałam. Nigdzie nie poszłam, bo uczyć się miałam, ale dużo lepiej by było gdybym poszła gdziekolwiek i cokolwiek zrobiła, bo wtedy zamiast w czarną rozpacz wpadać tylko zadowolenie z soboty pewnymi wyrzutami sumienia przepleść bym musiała. A tak klapa. Sobota zmarnowana.
piątek, 20 listopada 2009
MARINA
Nowego Zafona w Empiku widzę na wystawie. OOOO- myślę- wspaniale! To trzeba nabyć! Wpadam do Empiku.
Gdzie znajdę nowego Zafona? Słucham? –pyta Pan Empikowy. Zafona, nowego szukam Proszę Pana. AAA, to książka, książki na piętrze mamy- informuje Pan. Ale za Panem wystawa, wystawa z samych nowych Zafonów się składa, nie może się Pan odwrócić i dać mi jednego Zafona?- pytam mocno strapiona. Nie mogę- Pan odpowiada z uśmiechem na twarzy- to wystawa, ale mogę Pani przynieść z góry tę książkę. To cudownie!!!! Pan wraca i mówi - Mam nadzieję, że się Pani spodoba, podobno nie jest taka dobra jak poprzednie- Pan uprzejmie mnie uprzedza. Jeśli jest o porcie jachtowym, to na pewno mi się spodoba- zapewniam Pana hardo.
Pan się uśmiecha delikatnie, a ja już wtedy wiem, że ta Marina to nie marina. NIGDY NIE MÓW NIGDY
Nigdy nie mów, że nigdy więcej nie pójdziesz na polską komedię romantyczną, gdyż nawet jeśli kolejny film z tej serii okaże się kompletnym gniotem to i tak twoja romantyczna dusza wybaczy stracony czas i da kolejną szansę kolejnemu twórcy od polskiego romantyzmu filmowego. DoL mówi, że wraz z piwem film był strawny, ale ja wam szczerze wyznam, że mi nawet trzy piwa kupione w kinie Atlantic w odbiorze tego dzieła by nie pomogły.
czwartek, 19 listopada 2009
REWERS
Czy to pokwitowanie za fikcyjnie zastawioną monetę, druga strona jakiegoś medalu, czy nawiązanie do książek i wypożyczenia historii poprzez przywołanie jednej z tysięcy opowieści w bibliotece życia- naprawdę nie wiem. Mieszane miałam uczucia i trudno mi nawet dziś, po kilku dniach, jednoznacznie stwierdzić, czy się dąsam, czy też może odczytuje wszystko poprzez czerń komedii. DoL wyszła z kina ukontentowana, ale ja byłam trochę niezadowolona, posmak niestosowności pozostał ze mną po tej projekcji, może przesadzam, może w przesadne dzwony uderzam, ale szczerze mówiąc, ja z pewnych rzeczy komedii, nawet czarnych, bym po prostu nie robiła. Pozytywne stosunki kulinarne
Dziś DoL zabrała mnie na Cypr, jadłyśmy i piłyśmy cypryjskie specjały w celu poszerzenia naszej wąskiej wiedzy o Cyprze i zacieśniania ogólnej przyjaźni polsko-cypryjskiej. Cenię wycieczki kulinarne i wszelkie działania zmierzające do budowania pozytywnych stosunków Polski ze wszystkimi przyjaźnie nastawionymi krajami świata.
środa, 18 listopada 2009
sobota, 07 listopada 2009
Książka, której jeszcze nie ma
Od lat piszę książkę, której nie piszę, staram się myśleć o tym, aby ją pisać, ale czasu mi brakuje, jaka książka sobie myślę, kiedy czasu nie ma nawet na posprzątanie mieszkania, na śmieci wyrzucenie, w ciszy posiedzenie. No ale ona ciągle czeka na jej napisanie i kiedyś się stanie. Lata chude, lata tłuste, lata z potłuczonego lustra
Skrajny niefart dziś mi towarzyszy, zadrapałam sobie nos w sposób niewiarygodny, na szczęcie rysa widoczna jest tylko, gdy patrzy się na mnie od dołu, spaliłam czajnik, gdyż gotowałam w nim nieistniejącą wodę, chciałam zrobić zupę krem, ale blender postanowił nie machać swoim śmigiełkiem, planowałam zapalić romantyczne świeczki, ale jedyne w domu źródło ognia wyczerpało cały zapas gazu, pan kominiarz się spóźnił dwie godziny a jak przyszedł to okazało się, że w łazience nie ma wentylacji.
Podczas montowania lustra przezornie trzymałam się w bezpiecznej odległości od strefy zero, aby siedem lat nieszczęścia na siebie nie sprowadzić.
poniedziałek, 02 listopada 2009
O zaufaniu za więcej niż 150 zł
Jeżeli w sprawie własnego zdrowia nie możesz zaufać lekarzowi, który inkasuje 150 zł za wizytę trwającą 15 minut, podczas której daje Ci do zrozumienia, że nie ma czasu na słuchanie tego, co do niego mówisz, to komu w tych sprawach można zaufać i ile to kosztuje?
niedziela, 01 listopada 2009
Wspominamy z Sis dawne czasy
Kiedyś to było inaczej. No było. Znicze były wielkie, ceramiczne, dymiło się z nich, że HO. Dymiło! A nad cmentarzem łuna była wielka i z balkonu widoczna. Była! I kulki woskowe na patykach się robiło. Robiło! A potem w śnieg płonące wkładało. A no wkładało! Fajnie było! Nie to, co teraz! Nie to, co być dorosłym wśród nie dymiących świec. Opuszczona przez niecierpki
W nocy z piątku na sobotę zamarzło 6 metrów kwadratowych mojego balkonowego ogrodu. Mięsiste, pełne wody liście przez jedną noc zamieniły się w brunatną miazgę, pelargonie wyraźnie podupadły na zdrowiu, natomiast takie zielone, co rozrosło się monstrualnie w trzech długich skrzynkach miewa się dobrze. Urocze goździki w tradycyjnej ceramice zabrałam do salonu, a dekoracyjna kapusta nadal zdobi zewnętrzny parapet. Żółte, różowe i bordowe chryzantemy dogorywają, więc pozwolę im na zewnątrz cieszyć się ostatnimi promykami słońca. Tak kończy się mój balkonowy ogród, zapoczątkowany w ukochanym maju a zakończony w depresyjnym listopadzie. W jedną z opuszczonych przez niecierpki skrzynek wetknęłam cebulki krokusa, może się uda wraz z nimi przywitać wiosnę. Oby do niej!
Do Czech razy sztuka, czyli Bezwstydny
Jan Hrebejk nie zachwyca tym razem. Film da się obejrzeć, nawet z pewnym zainteresowaniem i bez zniecierpliwienia, ale czy właśnie takiej akceptowalnej przeciętności oczekujemy od twórcy, któremu zawdzięczamy „Pod jednym dachem”? Za pewne nie. O czym ten film zapytacie? W sumie o wszystkim, co już kiedyś było: kryzysie wieku średniego, ciągłym poszukiwaniu miłości, samolubnym facecie i pięknie wewnętrznym, które tylko niektórzy cenią i dostrzegają. Jak to w czeskim kinie, trochę tu śmiechu i trochę płaczu, główny bohater to samolubny palant, którego nawet własna matka szczególnie nie ceni, a ja wśród swoich znajomych ujrzeć bym nie chciała. Scenki rodzajowe i imprezowo- barowe na praskim tle się rozgrywają, wszystko zgrabne, wszystko sprawne. Całość choć znośna do historii magdelenkowego uwielbienia dla czeskiego kina nie przejdzie. ...o wierze przez domofon…
Sobotnie popołudnie. Wczorajsze. Siedzę na kanapie i czytam książkę należącą do tzw. literatury kobiecej, czytadło totalne, ale coś musi w nim być, bo tkwię na tej kanapie już kolejną godzinę, nagle brzęczy domofon. Halo? Czy to numer 28? Niestety nie. To nic, z Panią też możemy porozmawiać- czy nie uważa Pani, że coraz mniej ludzi wierzy w Boga… Może i uważam, ale nie zamierzam z obcymi debatować o wierze przez domofon…
niedziela, 25 października 2009
Roman w Perle
W piątek byliśmy wraz z DOL na Romanie, śpiewał a Waldemar mu grał. Tak samo jak zawsze, to samo co zawsze, tam gdzie zawsze. Tylko dymu tym razem było więcej a nasze miejsce było bardziej podniebne. Na schodach pół wieczoru spędziliśmy, podziwiając z góry Romana i Perłę, piwo pijąc i uwagi wymieniając. Podsumowując: nie spałam dłużej, ale trochę mniej szalałam. Happysad w Stodole
W czwartek byliśmy na koncercie Happysad w Stodole, która nie zmieniła się ani o jotę od moich czasów studenckich, te same powyginane metale i te same psychodeliczne malowidła wyłaniające się zewsząd. Staliśmy przez godzinę w kolejce wielokrotnie zakręconej, aby dostać się do środka. Zmarzłam, ale było warto, bo koncert okazał się przyjemnym przeżyciem. Obawiałam się tłumu małolatów, na szczęście widownia była wiekiem znacznie zróżnicowana i nie czułam się nie na miejscu. Bawiłam się świetnie, ale przyznam szczerze, że to już nie to samo zdrowie co lat temu kilka, kiedyś głośniej bym śpiewała i mniej śpiąca pod koniec bym była. Czas biegnie nieubłaganie, a my nie młodniejemy, toteż trzeba siebie nowego pokochać, spać dłużej i mniej szaleć.
sobota, 17 października 2009
Oczy i głowa już nie tak młode!
Ponieważ prawie rok temu poszłam do kolejnej szkoły (nie wiem po co i dlaczego) to teraz tu siedzę i męczę się okrutnie, pisząc dzieło niewiekopomne i nieambitne. To nad wyraz nudne zajęcie przeplatam innymi czynnościami, toteż od rana tak siedząc wcale dużo nie napisałam. Oczy i głowa już nie tak młode, więc buntują się bezczelnie i posłuszeństwa odmawiają. Za oknem szaruga, skomlące psy i jęczące dzieci. Aura i otoczenie przeciwko mnie swe siły wystawiły. Jeśli chodzi o uwarunkowania wewnętrzne, to sytuacja nie jest lepsza, co gorsza, będąc szczerą, muszę przyznać, że moje nastawienie to największy problem w tej dzisiejszej twórczości. Cóż począć mogę, sprężyć się trzeba, nie narzekać więcej, cokolwiek napisać i szczęśliwie kolejną, a może i ostatnią już w życiu szkołę skończyć.
środa, 14 października 2009
Ucieczka Złotopolskiej
Zima. Przyszła, zmarzłam, przestały normalnie jeździć pociągi, butów nie miałam odpowiednich, a rajstopy zmoczył dziwnie wczesny śnieg. Nie odnalazłam się w tej zimie jesiennej, głowa z przemrożenia lub zmartwienia rozbolała mnie potwornie a zawartość torebki nasiąkła jak gąbka. Stałam skulona jak jakaś sierotka z zapałkami, na które brak popytu, powtarzając sobie, że to tylko chwilowe, że zima jest w zimie, a teraz zimy nie ma, więc to jedynie omamy zimowe, chwilowe, omyłkowe. Julie & Julia
Dawno, dawno, a nawet bardzo dawno temu postanowiłam nie wierzyć recenzjom pióra Pana M. i Pana F. ogłaszanym drukiem na łamach pewnej bardzo poczytnej gazety. Gust mój oraz gust Panów M. i F. pozostawały od dłuższego czasu w pewnej zależności, im bardziej Panowie się zachwycali, tym bardziej ja nie miałam ochoty iść do kina. Mój totalny brak zaufania do Panów wpłynął niekorzystnie na wyniki sprzedaży piątkowego wydania pewnej bardzo poczytnej gazety oraz zachwiał moją wiarę w słowo pisane. A tymczasem, w piątek ostatni, pewną gazetę poczytną nabyłam i dwie krótkie recenzje przeczytałam, obie Pana M. Zmartwiłam się, bo pozytywne były, a stosując twierdzenie o gustach skrajnie rozbieżnych powinnam uznać, że w takich okolicznościach wizytę w kinie na inne, lepsze czasy odłożyć by trzeba. Postanowiłam jednak zaryzykować, bo jeden z filmów chciałam zobaczyć ponad wszystko. Julie & Julia, bo o tym dziele mowa, opowiada o Julie, która siedzi w urzędniczym biurze, frustruje się trochę, bo w porównaniu z koleżankami zawodowo nie błyszczy, ale ma plan ambitny, zamierza bowiem pichcić cały rok w oparciu o przepisy legendarnej Julii Childs. Brnie miesiącami przez suflety, kraby, mięsa i inne przysmaki, w międzyczasie pisząc bloga o swoich kulinarnych wyczynach. Równolegle z Julie poznajemy również Julię, która dawno temu, zamieszkawszy w Paryżu odkryła, że urzędnicza posada jest o niebo gorsza od kursu gotowania i pisania książki o kuchni francuskiej. Jak sami widzicie, mamy w tym filmie do czynienia z urzędniczkami, które mają talent kulinarny, a nawet literacki. Jedna pisze bloga, marząc o zostaniu „prawdziwą” pisarką. Druga rzuca pracę urzędniczą dla radosnego i twórczego siekania cebulki. Obie wytrwale dążą do celu, mimo że po drodze nie raz zły los rzuca im kłody pod nogi. Film jest prosty i radosny, ale nie banalny, bohaterki prawdziwe i sympatyczne. Meryl Streep w roli Julii po prostu wielka, i formą aktorską i wzrostem. Jeśli ktoś w recenzji gwiazdek do szczęścia potrzebuje- przyznaję ich szesnaście na siedemnaście.
poniedziałek, 28 września 2009
Pierwszy magdalenkowy rejs na żaglowcu
Świnoujście S/y Kapitan Głowacki S/y Kapitan Głowacki w Sassnitz S/y Kapitan Głowacki S/y Kapitan Głowacki S/y Kapitan Głowacki Kopenhaga Kopenhaga
środa, 02 września 2009
|